W moim kraju sa piękniejsze konwalie. Czyli tam, pomiędzy i z powrotem.

Pierwsza papuga leci około szóstej rano. A mewy drą sie czasami prawie cała noc. Co oznacza przerywany sen.

A rano przyszedł jakiś niski Pan. Albo, ujmując to po staropolsku, był nikczemnego wzrostu.
Zastukał do drzwi. W ręce miał pęk noży i jakieś druki rachunków. ? Zaspany byłem, mało zrozumiałem o co u chodzi. Opalony na twarzy.
Chciał nóż i nożyczki. Starałem sie zebrać myśli : pewnie coś naprawia i potrzebuje narzędzi ! Przyniosłem mu.
Mimo iż moje polskie ego wysłało sygnał do niewyspanego mózgu : to Rumun może ! A raczej Cygan… Ale też człowiek.
No i stał przede mną, jednej dłoni z dziesięć małych nożyków, pytał czy tylko ten nóż i nożyczki ? Wyglądało to komicznie…
I poinformował mnie że to będzie kosztować 15 eu.
Zaraz zaraz, wtedy zajarzyłem…. potem on mi wytłumaczył, że nie potrzebuje ich do pracy haha, też mnie zrozumiał !
Po prostu to lokalna usługa typu ” nooooże, nożyczki ostrzę ! ” Uśmiał się, a ja to dopiero ! Nic ukraść nie próbował. Przeciąg, O rewłar, poszedł i tyle.

******

DSC00538

Pod Centralnym oferował je smutny facet w koszulce klubu Mistrza Polski. Ale po tej upojnej podróży pociagiem wie się , że to Polska Mistrzem Polski  🙂  Znowu cytat z ostatniej strony Dużego Formatu.

W maju w zwyczaju jest sprzedawanie konwalii i obdarowywanie się nimi. Co ma szczęście przynosić itd.
Jakie to francuskie szczęście, pytam ja się, skoro konwalie rachityczne, malutkie, syntetyczny wygląd : jakby z holenderskiej szklarni…
Akurat rowerem jechałem, wdałem sie rozmowe ze sprzedawczyniami :
ooo, bo wszystkie konwalie takie małe są !
A gdzie tam – mówię – te w moim kraju to sa większe, pachnące jak trza – a wasze tutaj to dla mnie, niestety, niczym pizza z supermarketu.
Jedna Pani metafore złapała, inna nie bardzo. Pierwsza Pani zaśmiała się i mówi : to do Polski jedź !
No ale cóż, dowartościowałem się, bo w moim kraju…Nawet na syfiatym śląsku były piękne, pachnące, wieksze konwalie.

Baa ! A te truskawki nasze prawdziwe, o jakże truskawkowym smaku ! Ile to klas wyżej w porównaniu z tym zalewem lokalnych,hiszpańskich i marokańskich
na tutejszym targu,juz od marca. Kiedys ich nie jadłem dla zasady, bo końcu jednak…zjadłem kilka razy bo duże, przyznam się, troche z ciekawości, wygladaja jak malowane, troche z desperacji ze tych polskich, prawdziwych, juz od kilku lat nie uświadczyłem,
ale nawet przy dużym zasobie dobrej woli to marnota jest,smak wodnisto – suchy i niewiele wiecej.
I kto tu z tych sprzedających i kupujacych na targu wie o wspaniałych naszych, polskich truskawkach ?
Które -przeciez to zgodne z tzw prawem naturalnym – obrodzą tylko wtedy, kiedy ich czas, a nie na każde zawołanie o dziwnej porze roku.
Oj, dana dana…

Czyli kolejny odcinek serii ” bo w moim kraju” : a były już o tym jak mnie kobiety pierwszego puszczały przez drzwi, tom sie obruszał, no przecież !
No bo jak to, a w moim kraju przeciez kobiete się puszcza pierwszą, drzwi przytrzymuje.
Ale juz w Anglii sie tego oduczyłem… Zreszta, brytyjki często się w tych drzwiach i tak ledwo mieściły.
Tam na jakieś polskie zdziwienie reakcja było : oh, really ? Tutaj zamiast tego : ah, bon ? I wzruszenie ramion. Bo te „odcinki” tu mało kogo obchodzą.
I sztuczna uprzejmość, wyuczona. Albo mnie przepraszały Francuzki przechodząc przez przytrzymane drzwi. Co kraj to…

Może to i tak lepsze, zamiast tego naszego spontanicznego, polskiego chamstwa. Miałeś chamie złoty róg…I „PAN-NIE-WIE-KTO-JA-JESTEM ! ” attitude. Oj, wiemy, kurna.
A prościej : typowego, tego jakże polskiego wk****enia.
Czy to kompleks Polaka ? Haha. Obywatela kraju, w którym podobno ‚lepiej już było’.

I czytam dużo i szukam po stronach euro-polo-emigracji, bo zbieram Autorów do książki. I Autorki, ma sie rozumieć.
Uśmiać sie można, mimo iż więcej ciężkich tematów : jak to polskie piekiełko ciągle kwitnie na emigracji, jakie buractwo, obciachy, zawiści bezinteresownej ile.
No masz ! Nie, nie dziwi nic od dawna, częściowo słuszne jest stwierdzenie że na emigracji wychodzą najgorsze cechy z ludzi…
Ale po 12 latach w Unii chciałoby sie zobaczyc jakąś transformację polskości, pokazywanie Europie jej lepszych cech.
O żesz, naiwne te moje pragnienia. Naiwny jak Polak ? Czepiam się, ktos powie.
Czytam na polskim niederlandzkim portalu o kompleksie Polaka, o naszych narodowych przywarach, nieufności a z drugiej strony właśnie naiwności, fajnie, mądrze napisane i styl porządny, mimo że takie gorzkie… I te komentarze.

Wyglada na to, że się nie zmienia. Co ? A ta nasza typowa słowiańska natura…Jednak wierzę, że jeszcze kiedyś znowu coś światu pokażemy.
No, nie figę z makiem. Ale takie duże, uparte, świetne polskie coś
haha, naiwny ! To ile mam żyć, by to wreszcie zobaczyć ?
Pewnie aż tyle, co te francuskie żółwie, które widuję często w parkowym jeziorku. One erę Wodnika ujrzą w końcu.

*****

Teraz garść przydługich rozważań o odwiedzinach, które odkładałem od 2014. A Polska zaskakuje, jak zwykle, jak zima drogowców.

To jadę, raczej lecę wreszcie do PL. Zbieram się jakoś , po półtorarocznej przerwie, by odwiedzić kraj rodzinny. Powód jest także prozaiczny – kończy mi sie w tym roku dowód, skończył się własnie paszport.
Ślęczę nad wyszukiwarkami połączeń, godzinami, oszołomiony jak zwykle ilością ofert, w większości jakże tanich ale też i przesiadek dziwnych np 15 godzin w Kijowie, albo 6 w Brukseli, no dzieki…jako chytry Polaczek mam wreszcie satysfakcję bo znajduję bardzo tanie połączenia jeszcze tańszych linii,
w miare po drodze, bez kluczenia po krawędziach Europy,
samozadowolenie jest…z czegoś trzeba.

Lecę z lokalnego, marsylskiego lotniska na belgijskie, podbrukselskie ale to drugie, mniejsze.
Na lokalnym prawie nie ma tłoku, punktualnie odlot,świetny humor że wreszcie wycieczka dalsza, szybkie wzbijanie sie ponad chmury i wspaniałe Słońce
a z tym związane jakies bardzo pozytywne przemyslenia o…naturze rzeczywistości.
No i żadnych bomb itd po prostu pierwsza klasa ! ( NO DOBRA DOBRA, JAKA TAM PIERWSZA, przecież tylko ekonomiczna hehe).
Fajnie się leci samolotem bez polskiej mowy, gdy wokoło tylko francuski słychać.
Lot krótki, przylot do zielonej Belgii punktualnie też, wielka we mnie ciekawość jakże mój francuski sie tu sprawdzi…
wiadomo że ten ich dialekt prawie taki sam jak jak we Francji, niewiele sie różni a ostatni raz gdy byłem w Belgii to dawno temu i tylko
angielskiego uzywałem wówczas. Flamadzki i waloński, podzielony kraj ale jakby co to w tym brzydkim, charczącym holenderskim tez kilka słow powiedziec potrafię.
Lotnisko jest duże, długo sie wyłazi z tych podziemi do głównej sali, a potem niestety obrazki typowe ostatnio w Belgii tzn kraj który do tej pory znałem jest doprawiony -co oczywiste po zamachach w Brukseli – prezencją militarną, kilku żołnierzy z karabinami przy wejściu na lotnisko a poza tym belgijskie życie nadal jakby normalne,
jak trawa co spod betonu wyłazi, jakby normalne…
Pan w informacji radzi mi faktycznie abym był rano 3 GODZINY przed odlotem…jeno że odlotem jest o 7 rano,
to kurna mam nie spać pół nocy czy jak ? Jak powiem że dwie godziny wystarczą, albo godzina – mówi Pan poważnym głosem – to spóznienie na samolot, to woli doradzić żeby trzy- czyli o 4 rano, no tak…
Wychodze wreszcie przed lotnisko i obserwuję ten belgijski świat.

Jak Belgia to oczywiście frytki, obok lotniska frytkarnia jest, na dodatek – jakby mało było przelatujących nad głowami pasażerskich – przewala sie z hukiem ponadżwiękowy , może myśliwiec. Dziewczyna z frytkarni dziwi sie temu nowemu hałasowi.
Mimo usilnych prób nie znajduję żadnego transportu do miasta najbliższego, sa tylko autokary do Brukseli.
Lezę zatem do hoteliku przylotniskowego, podobno blisko.rzed lotniskiem ochroniarze w autach, wskazuja mi droge, ale w końcu źle,
trafiam na mały biurowiec zamiast do hotelu ale ulica chociaż właściwa.
Życie bez smartfona, w naszych czasach to prawie jak upośledzenie , jakiś niedowład, ale wolę być zdany na siebie i na tubylców, zamiast na świecący ekranik, w który jak sroka w gnat wgapia sie większość populacji.

W hotelu recepcjonista o wygladzie marokańczyka chwali mój francuski, pyta o pogodę na południu Republiki, chwilę rozmawiamy.
Dostaję pokój od lepszej strony, będzie można – wg recepcjonisty – otworzyć okno.
Okno otwiera się , jasne, całkiem normalnie…to co jest po gorszej stronie, mysle sobie,
bo tu parking poniżej, po lewej autostrada, na wprost jakaś duża łąka a nad nia przelatuja low costy tak co kwadrans: a było unikać spania za blisko lotniska…
Łaże po zielonej okolicy, mostem nad autostradą, ide do sielskiej belgijskiej wioski, jeno te Ryany nad głowa wiuuu…

Zamawiam przewóz na 4h30 rano na lotnisko. O 22h juz próbuje spać, ale mimo zmęczenia zasnąć trudno.
Budzę się po 3 nad ranem i nie muszę sie zastanawiać, czy alarm z telewizora zbudził by mnie ,czy nie, bo raczej nie.
Melodyjka z francuskiej skocznej piosenki w komórce za to by zbudziła,
ale najlepiej liczyc na siebie i nie spać od 3 rano, byle tanie bileciki wykorzystać…
Ptaki piszcza za oknem, zadowolony ze taki przezorny jestem zbieram się szybko,ale bez pośpiechu.
na dole jestem o 4h40 i dowiaduję się że mój przewóz na lotnisko na mnie nie poczekał bo był kolejny pasażer i nie mógł czekac… no jak to, ano tak ! A następny o piatej dopiero…
Szybka analiza sytuacji i ruszam kłusem do wyjścia z parkingu.
Recepcjonistka poradziła inna droge niz ta, która przyszedłem popołudniu i teraz idę poboczem, przy pustej drodze, jest kompletnie ciemno, prawie nie ma aut,docieram do skrzyżowania,
stamtą juz kierunek na parking lotniskowy i tam widzę wąż samochodów w korku…
zadowolony że nie czekałem na późniejszy przewóz wyprzedzamm kolejne stojące pojazdy, kółka walizki podręcznej w stylu tania elegancja sa juz mocno skołowane i buntują się przeciwko takiemu podłou.

Ale celem jest : zdążyć !!!! Bo przecież tak dobrze wsio zaplanowane, na tam i z powrotem.
Jakaś dziewczyna wysiada z auta i uśmiecha się że to dobry pomysł, że na piechotę. Zna drogę, ide za nią.
Droga wije się i dłuży, w głowie zapala się czerwona lapmpka bo okolica zaczyna przypominać mi tereny przykopalniane na śląsku albo wysepkę pomiędzy autostradami : to NIE tędy, kobiet lepiej o droge nie pytać, co z tego że Belgijka lokalna, w życiu pewnie nie szła tu piechotą…tzn nie biegła z walizką

Z ciemności nocy wyłania się stacja benzynowa, obok żołnierze w pełnym rynsztunku, dwa transportery opancerzone, podróżni w autach upokorzeni tym ślamazarnym sunięciem w korku,
kłusuje dziewczyna a ja za nią. W końcu parking znajomy ze wczoraj się wyłania, ufff.
No ale przed lotniskiem kolejka na kilkadziesiąt osób, robi się ciepło bo moze braknąć czasu a Pan z informacji mówił przecież że…
Na szczęście to nie skaner z brukselskiego lotniska Zaventem, przed którym kilkanaście dni wczesniej pokornie czekało kilka tysiecy ludzi, tylko kontrola dokumentów i biletów. Uff znowu, na hali odlotów kolejek kilka, znajduje szybko ta z podręcznym, kilku Polaków,
sympatyczne rozmowy, skaner fujara zawiesza się prawie na każdym bilecie, rozmawiam z Belgiem z obsługi bo lepiej nie mysleć ze może za mało czasu…
idzie sprawnie…do momentu aż nastepny pracownik lotniska kwestionuje mój francuski pasztet w puszce.
Pasztet na bombę za mały, natomiast metal twardy, pasztet nieufność wzbudza, ale przedatowany nie jest to nie wybuchnie, nie zdążam powiedzieć że zamkniety fabrycznie – gdy Pan bierze moja walizę uchylona nieco i zanosi gdzieś na bok, zabawna konsternacja w mojej głowie, będą pruć chińska torbę czy co ?
Wraca po chwili , z belgijskim uśmiechem że ok.

Teraz juz tylko snucie się po wolnocłowej strefie, jak zwykle prawie nic ciekawego, jakis niepraktyczne przejścia do ostatecznej odprawy, ogladanie zaparkowanej floty Airbusów za szyba,
a wg polskiego chłopaka  z kolejki Charleroi to jedno z najgorszych lotnisk w Europie.
Dla mnie najgorsze to takie gdzie bombing – mówię. Mysle tez że najgorsze to takie, gdzie się nie zdążyło na swój lot.
Potem zerkanie na tablice odlotów, i na stoisko z apetycznymi sokami wyciskanymi na miejscu,
no kolejki trza pilnować, a soki dopiero będą czynne od 6stej, jednak samolot ważniejszy hehe.
Potem żałuję, co z tego że wszedłem na pokład jako jeden z pierwszych.

DSC00529

Jakoś przywykłem do latania, nie zastanawiam sie od dawna co by było jakby na wysokości 12tys metrów np odpadły skrzydła czy cuś… Zresztą, z niewielkimi wyjatkami, pasażery obok mnie robią wrażenie starych wyjadaczy lowkostowych. Rutyna niby, takie loty. Dziękujemy Panie O’Leary…na szczęście.

Lot jest krótki, Rodaków i Daczek mnogo, lecim prawie punktualnie do  stolicy Kraju człowieka z kotem

Stewardessy kolejny raz wykonuja swój przedziwny „taniec”, no no po co mi wiedzieć o szczegółach lądowania na wodzie, morza po drodze nie,
do Wisły chyba nie wpadniemy ?
I ten surrealistyczny rysunek czołgającego sie w dymie po podłodze pasażera przed moimi oczami. ( Dla mnie surrealistyczny, oby na zawsze takim pozostał ).
Śmieszy to, mimo że przezorny itde.
Lądujemy w Modlinie i fajnie jest, ten znajomy las wokoło, mały ruch na lotnisku, no jak na wsi prawie, a po drodze z samolotu do budynku lezie duży chrząszcz. Polski jak najbardziej. Bo to Polska .Wreszcie !

I swojskie twarze.
Przywitania na lotnisku, przepakowanie na parkingu, ale szybko z powrotem bo busik na dworzec i stamtąd szybką koleją do Stolicy.
Niestety, okazało się wkrótce iż słowo szybko w Polsce jest niejednoznaczne…
A takie miałem plany związane z Warszawą, tyle czasu by póść i tu i tam, na obiad ze znajomym.
Koleje mazowiecie przywołały mnie do rzeczywistości.
Na peronie pustawo i mało kto wiedział, czy to ten pociąg. Na dworcu zapowiadajo po angielsku, a co ?
W pociagu też, no żesz kurna to europa, a jak.

Natomiast pociąg daleko nie pociągnął, niestety…postał dłuższą chwilę, oczywiście zero informacji czemu,
w końcu Pani sprzątaczka poinformowała o awarii semafora na Pradze.
No ale – jedziemy ! Zielono, kraj rodzinny, most na Wiśle, nadwiślański piach…
po dwóch przystankach – kolejny postój.
A pocia, prawiew pusty, zaczął się zapełniać. Gwar rozmów : że kto to widział, tory zaje**li czy co, no jak to tak ?
A ja w swietnym humorze i tak, Polsce sie przygladam, twarzom buiałym, swojskim, tak swosko purym tez niektórym.

Osoby dramatu :

Pani konduktorka ( Twarz wygładzona, za duzo kremu, akcent kielecki ? )

dziewczyna z naprzeciwka

Pani z synem

pan w mundurze kolejarskim w podróży służbowej

przechodzący podróżni , pozbawieni nadzi, pogodzeni z losem… i ja, obserwator,podmiot nie liczny ale idealizujący :

– NO JESZCZE POSTOIMY, NIE MAM DOBRYCH WIADOMOŚCI : awaria semafora sterowania ruchem na Pradze !

– a ja to posiedzę…( pan w mundurze kolejarskim )

– Słyszysz mnie ? No nie uwierzysz, stoimy i stoimy, jakś awaria, ukradli znowu tory ? ( Pasażerka dzwoni ).
Dzwonia prawie wszyscy. Bo korek jest. Za oknami stoja Intercity, albo przemykajo chyżo. My nieważni.

W sumie stoimy 2h. W myślach skracam misterny plan upragnionego pobytu w Warszawie, trza wieczorem naśląsk przeciez jechać.

Pani konduktorka zapewnia pasażerkę że mozna wychodzić na peron na przystankach – nie odjedziemy bez Pani.
Bo jednak jedziemy.

tak sobie będziemy cyk cyk od stacji do stacji – Pani konduktorka chodzi juz rzadziej. No bo korek jest.
I tak będzie aż do Legionowa. No i nie ma co kombinowac z wysiadaniem i na autobus, no bo nie będa państwo szybciej.
No awaria jest. Przecież korek jest.

Na peron wychodzimy :

ja to kiedys kluczyki w nim znalazłem, samochodowe ( pan jeden)
a bratowa to też, ale laptopa znalazła, tak w tym lotniskowym : i oddała ! ( Pan kolejarz, ale podrózny jednocześnie )
Wsiadamy, wysiadamy.

Za oknami dopiero Choszczówka. O Jezu…pani do syna. A przeciez matury sa dzisiaj.

Chomiczówka, Cho-mi-czów-ka, latem Izabelin Truskaw... brzęczy mi w głowie refren piosenki.

Jadziem znowu. lecz nie na długo. Za oknem, na przeciwnym peronie, jest mur z falistej blachy. Na murze napis oczywiście że Andrzej. Dupa.

Andrzej zostaje, my jedziemy. Ale niedaleko. Bo tak sobie faktycznie cyk cyk.
To już pasażerowie prosza o zwolnienia z pracy.

ŻEBYS MI NIGDZIE NIE ŁAZIŁ POSZKOLE ! Czekaj na mnie – dziewczyna z naprzeciwka do brata przez komórke – Tu jest cyrk, jade już dwie godziny, dopiero Praga będzie, to jakaś masakra…

– teraz to kolei jako takiej to przeciez nie ma , podzielone wszystko, to kogo winić za taka awarie ? A winni Ci, co za PO głosowali wtedy ! A teraz to by strajkowali znowu… (A winni Ci, co za PO głosowali wtedy ! A teraz to by strajkowali znowu…Podróżujacy kolejarz filozoficznie komentuje ).
(Przypomina mi sie żart z Dużego Formatu, mojego ulubionego dodatku do Wyborczej :
chłopiec do kolegów w klasie – kto nie skacze, ten za PiSem ! )

Śmialiśmy sie z tego we Francji. Teraz coraz mniej śmiesznie. Teraz czekamy. Kozły ofiarne w takich sytuacjach się rodzą.
Pan kolejarz w końcu rezygnuje, bo juz nie ma szans chyba na ta przesiadkę do Wrocławia. I wysiada.
Syn do pani : a grzejniki jeszcze grzeją! A za oknem tak Słońce grzeje.

Dziewczyna z naprzeciwka dzwoni : Ty sluchaj, trzech moich kolegów przez ta awarie już  sie dzisiaj na mature spóźniło ! I wiecej takich jest

I mimo wszystko fajnie jest jest, bo Polska jest. W końcu. Po półtorej roku. To cierpliwie jade upsss czekam gdy postoje przejda w szybszą jazde.
Naiwne byłoby, gdybym zrzucał na karb polski ta przypowieść o cykaniu,
bo takie rzeczy to w każdym kraju przecież bywają, jeno…
we Francji szybko z tym sobie radzą odpowiednie służby, poinformują, autobus podstawią itd.
No chciałeś Polski, no to masz, zakpiła sobie z Ciebie.

–  ja tylko mogę państwa przeprosić w imieniu Kolei Mazowieckich ( pani konduktorka znowu przemyka ).
Apdejty robi nam pani konduktorka. A pan kolejarz, zanim wysiadł, poinformował mnie że teraz z koleja to już można w Polsce wygrać.
Bo to taki kraj, myśle sobie, tu można wszystko przecież…
Np dwie godziny można stać. Tyle można haha.

A my cyk cyk cykamy, w końcu jest Praga, jest i Centralna… alleluja i do przodu.
Cieszą te znajome budynki, widoki, naiwnie cieszy to wszystko bo prawie bezkrytycznie, tyle polskiej mowy i twarzy i gęby polskiej, i smutny Murzyn na przystanku, jeden tylko…
i znajomy autobus 175. Ten warszawski bardziej kolorowy film. Tłumki, amok ale swojski, cała ta stoliczna przesada.

Wysiadam na Nowym świecie, na Foksal, na Smolnej spotykam sie z kolegą, no wreszcie, na chwile do biura jego,
ale z obiadu juz nici, to idziemy chociaż tym Nowym Światem i rozmawiamy i grzeje fajnie, cieplej niż było we Francji ostatnio.
I jest folklor patriotyczno-religijny, widzę że szajba jakby coraz większa, no ale to Warszawa,
tu wszystko większe…i mozliwości i szajby, tak było jest i będzie tu zapewne.

Księgarnia na Kredytowej, plac Piłsudskiego, rozmowy, metro potem, po metrze sok z marchwi,
ten jednodniowy którego w Anglii ni Francji nie uświadczysz, to i się cieszę sokiem. Autobus na puławskiej w korkach, Mysiadło.

Potem na śląsk wieczorem, Rodzice, serdecznie. I śląskie miasto gdzie powietrze śmierdzi, twarzec szare, tu nie będzie rewolucji,
było jak jest, taki kraj że nie ruszaj bo zepsujesz, zostaw, bo będzie gorzej, nic sie nie da zrobić, Ty nie wiesz co to za kraj…

Ano wiem. Ale załatwiam kilka spraw. Zielono bardzo, ale maj tez tu chłodny, mnóstwo ptaków za to, wyjazd w niedziele na wieś i sporo Słońca,
działka znajoma na wsi i domek… za płotem pole rzepakiem żółte jak trza, autostrady juz dokończone,nowe osiedla deweloperskie pod Gliwicami, śląska godka w supermarkecie i kolejny sok z marchwi no ale na zapas się nie da.

Ogórki kiszone, domowa pizza i tak dalej. Imieniny, telefon od wujka, siostrzenicy. Trawa przed blokiem, sroki i inne ptoki ładnie ćwir ćwir od rana do późnej nocy.
Mimo ze zimna wiosna, troche pada. Telefony do innego wujka, który z tej samej płyty nadaje co ostatnio, kiedyż ja przestane z nim sie spierać bo sensu nie ma ?
Do brata ciotecznego też. No ale trzeba, ciesza się a nastepnym razem pewnie sie spotkamy.

Potworne reklamy w radiu i tele, mózgopranie, od których odwykłem, syczane coraz szybciej głosami jak automatów,
jakby chcieli zdążyć, paranoiczne tempo reklamy leku albo ta o sprzęcie elektronicznym,
dudniąca głosem zmodulowanym w tonacji jakby kapo obozowy, patologia, głos ten sam od lat,
jakby straszył że jak nie kupisz tego telewizora to wpier

Odwykłem. Juz bym nie przywykł… Ale przecież to mój kraj, mimo wszystko jakos tak spokojniej.
Ale nudniej też. I cytaty z Hłaski o emigracji przypominam sobie.  Pasują jak zwykle, no nie ? Ale darujmy sobie…

Słuchałem przez te kilka dni  w Kraju sporo radiowej Trójki. Tu we Francji prawie wcale. A tam tak. Bo jednak sporo mądrych audycji, te same głosy co wtedy, znajome, ci sami prezenterzy, że Unia, sytuacja Polski, KOD tralala. I Lista Trójki po takiej przerwie.
I że Radiohead, nowa płyta, „Burn the witch”, że to że tamto, fajnie polskiego radia znowu posluchac ale ja czujnie na reklamach wyłączałem. Bo odwykłem.
Francuskiego ulubionego radia FIP tez słuchałem, w necie. Gdzie reklam zero i luzik profesjonalny.

Odlatuje ze śląskiego lotniska po 4 dniach. Ojciec mnie odwozi. Znowu odlot punktualnie. Już nie pada.
Fiuuu godzinka dwadzieścia. Za krotko na jet laga. Małe lotnisko pod Mediolanem, w tle cudne Dolomity.

Uśmiechnięte twarze przed lotniskiem.
I mocne Słońce, znowu bardziej południowe. Jestem już pomiędzy, nie tylko geograficzne że to Italia, ale mentalnie bliżej Francji.   Który z tych światów jest mój ? Żyję w obu.

 

DSC00563Mediolan od dawna nie widziany. Katedra, tłumy turystów, na dworcu kolejowym i w metrze tłumy, wcześniej korki na drodze z lotniska ale tak tu jest zawsze przecież.
Sympatyczni, uczynni ludzie, czasami jakże śmiesznie przekręcający angielski ( „I follow you ” czyli idę za Tobą… hehe).
Kobity, elegancja, brudnawe wielkie miasto, architektura zachwyca jednakże kolejny raz. Malutka,urokliwa hinduska restauracyjka Govinda blisko Piazza del Duomo. Obok zmęczony mężczyzna sprzedaje na ulicy kwiaty z bukietu.
Wieczorny pociąg, za grosze, z Mediolanu do Genui. Wesoło w pociagu, jednak usypia szum jego – ale lepiej nie zasypiać – bo mozna by się zbudzic aż dopiero w nadmorskim kurorcie Portofino…

Gdzie dla wszystkich dziewcząt starczyło w samochodach miejsc lalala, to  z LP3 onegdaj.

W Genui metro juz zamknięte. Ale od razu autobus. Znowu uczynni ludzie po drodze. Mały, pustawy hotelik na starym mieście, wąskie uliczki bez zieleni.
W nocy troche krzyków za oknem, cieniutkie koce dwa , jak w Hiszpanii, bo tu na Południu nie jest zimno i kołdry w hotelu nie uświadczyłem, bo skoro nie jest zimno nigdy to po co…gorzej, jak jest.
Rano sprawnie,mimo szumu w głowie, autobus do centrum, dogaduję się – celowo – jakąś przedziwna mieszanina hiszpańskiego z francuskim i sporo osób mnie rozumie,
w ostateczności na angielski przechodzą, bo mnie bawi to podobieństwo języków romańskich…
O plamie ropy obok genueńskiego portu nic tubylcy niue wiedzą, albo że chyba juz wyczyszczone.

Pomnik Kolumba. Znowu jazgot mew. I placyk z którego widać port, statki na Śródziemnym.
I autobus do Francji, tani jak barszcz, za to dość zapchany, dzieci ryczą, cała trasa prawie wzdłuz ulubionego Morza. I trzy postoje, w tym na lotnisku w Nicei, i mieszaja sie języki i pasażerowie, a przed marsylia korek jak zły sen, noga za noga bo strajki na kolei znowu.
Ponad 6 godzin i znowu to miasto za duże, za głośne, ciasne i brudne, ale jest gdzie wracać. Dobrze jest wyjeżdżać… Mimo to wróciłem do Francji, jakkolwiek to brzmi.

Znowu dzikich papug moc w parku. A nastepnego dnia idę po centrum, wieje, prę jednak do Starego Portu i siadam na nadbrzeżu. Znowu. Nie patrzę na plamy z oleju i ławice śmieci.
Bo tysiace drobnych zmarszczek na powierzchni Morza urzekają jak zwykle, delikatnie okraszone odblaskami południowego Słońca.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “W moim kraju sa piękniejsze konwalie. Czyli tam, pomiędzy i z powrotem.

  1. Dobre, szczerze napisane. Emigracja, odwiedziny i z powrotem.

    To fakt, my slowianie jestesmy sentymentalni, albo i naiwni. Jak myslicie ?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s